Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sztą a most był podniesiony; nie przestraszywszy się jednakże tych oznak, zadzwoniłem u bramy i starzec najserdeczniej mnie przyjął.
— Mój syn uprzedził, że pan zajedzie i kazał panu powiedzieć, że wkrótce wróci ze swej poobiedniej przechadzki. On bardzo punktualny w swych przechadzkach. We wszystkiem bardzo punktualny.
Kiwnąłem starcowi niegorzej od samego Uemnika; weszliśmy do pokoju i zasiedli przy kominku.
— Zapewne pan się poznajomił z synem w biurze? — Kiwnąłem głową. Tak! — Słyszałem, że syn mój doskonale zna swe zajęcie?
Kiwnąłem jeszcze mocniej. — Tak, tak, tak mówią. Czy zna dobrze prawo? — Kiwnąłem jeszcze silniej. — I to mnie najbardziej zadziwia, że w tym kierunku się nie kształcił, miał być miedziorytnikiem.
Ciekaw byłem, czy starzec ma pojęcie o sławie pana Dżaggersa i dlatego z całej siły wykrzyknąłem jego imię. Nadzwyczajnie mnie zadziwił, bo zamiast odpowiedzieć, zaniósł się serdecznym, wesołym śmiechem tak, że ledwie mógł wymówić:
— Oczywiście, oczywiście, masz pan racyę! — Do tej chwili nie wiem, co chciał przez to powiedzieć i co znalazł śmiesznego w mych słowach.
Ponieważ nie mogłem nieustannie kiwać