Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/083

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chadzka żywo przypomniała mi czasy, gdym był jeszcze małem, bezbronnem stworzeniem, a ręka siostry ciążyła nade mną; ale wszystkie nieprzyjemne wspomnienia jakoś łagodziły się, miękczyły. Teraz zapach rozkwitających groszków i fasoli szeptał do mnie, że nastąpi dzień, w którym zapragnę, aby pod wpływem ślicznego, słonecznego dnia i inni zmiękli na myśl o mnie.
Gdym odszedł do domu, zaraz spostrzegłem, że pan Trebb i spółka zapanowali nad nim. Dwie nadzwyczaj niesympatyczne osobistości i z wielkiemi pałkami, obitemi krepą — jakby to uzbrojenie mogło kogo pocieszyć — stały po obu stronach drzwi. W jednej z nich poznałem pocztyliona, wypędzonego z „Niebieskiego Dzika“ za to, że w podpitym stanie obił nowo zaślubioną parę. Dzieci z całej wsi i gromada kobiet zebrała się przed domem, bawiąc się tryumfalnym wyglądem tych żałobnych odźwiernych i zamkniętych okiennic.
W bawialni zarządzał pan Trebb przy wielkim stole, na którym rozłożył cały magazyn żałobnych materyi i czarnych szpilek. Dopiero co skończył ubierać krepą czyjś kapelusz i wyciągnął do mnie rękę, nie zrozumiałem tego ruchu, ale zmieszany calem otoczeniem przyjacielsko uścisnąłem ją.
Biedny, drogi Józef, owinięty w jakiś żałobny płaszcz, zawiązany wielką wstęgą pod