Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/082

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Po raz pierwszy na drodze mego życia rozwarła się mogiła i wydała mi się straszną, ziejącą otchłanią. Obraz siostry w znanym fotelu przy kominku kuchennym prześladował mnie w dzień i w nocy. Myśl, że niema jej na zwykłem miejscu, wydawała mi się niemożliwą; w ostatnich czasach rzadko przypominałem sobie, obecnie zaś ciągle stała mi przed oczami, na ulicy miałem wrażenie, że idzie za mną, w domu, że lada moment zapuka do drzwi. Nawet moje mieszkanie, które nie miało z nią żadnej łączności, przypominało mi śmierć siostry. Wciąż słyszałem jej głos, widziałem jej twarz, jakbym przywykł do jej tu obecności.
Nie mogłem polubić siostry, ale śmierć nawet niekochanego człowieka może wzruszyć nas. Pod wpływem tego uczucia opanowała mnie straszna niechęć do nieznajomego, który przyczynił jej tyle cierpień i gdybym miał wystarczające dowody przeciw Orlikowi lub komuś innemu, byłbym mógł prześladować go do ostateczności.
Napisałem pocieszający list do Józefa, w którym obiecałem; bezwarunkowo przyjechać na pogrzeb i przepędziłem parę dni do odjazdu w tem dziwnem usposobieniu, jakie dopiero co określiłem. Wyjechałem z rana i przybyłem do „Niebieskiego Dzika“ akurat na porę, tak że mogłem piechotą iść do kuźni.
Pogoda była prześliczna, letnia i ta prze-