Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/023

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Jeśli kto był dziś winny, to napewno ja. Ja i ty równocześnie nie możemy być w Londynie i wogóle nigdzie, tylko między przyjaciółmi, którzy nas rozumieją. Nie dlatego, bym był hardym — nie, ale chcę zawsze właściwie postępować i dlatego nigdy mnie więcej nie zobaczysz w tem ubraniu. Niewłaściwie czynię gdy wkładam je. Niewłaściwie czynię, gdy pozostawiam swą kuźnię, kuchnię i moczary. Będziesz miał znacznie lepsze o mnie pojęcie, przypominając sobie mnie w mem codziennem, zbrudzonem ubraniu z młotkiem w rękach, lub fajką w zębach. Znacznie lepiej mnie ocenisz, jeśli kiedykolwiek zechcesz ze mną się zobaczyć i zajrzawszy przez okno kuźni, ujrzysz kowala Józefa w znoszonym, zwalanym sadzą fartuchu i usłyszysz, jak stuka młotem o kowadło. Bardzo, bardzo mi ciężko i przykro, ale zdaje mi się, że wreszcie odszukałem prawdę. Więc żegnaj, Pip, niech Bóg będzie z tobą, stary Przyjacielu. Bóg z tobą!
Nie, nie myliłem się, miał rzeczywiście jakąś wrodzoną godność. Jego świąteczne ubranie nie szkodziło mu już w mych oczach, podobnie, jakby nie mogło mu zakryć drzwi królestwa niebieskiego. Po cichu pocałował mnie w czoło i wyszedł. Gdym przyszedł do siebie i pobiegłem go szukać w sąsiednich ulicach, już ślad jego zaginął.