Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/022

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


„Panie Hardżeri, czy pan koresponduje z Pipem?“ Ponieważ odebrałem raz list od ciebie, odrzekłem: „Tak“. „A więc czy nie mógłbyś pan w liście donieść mu, że Estella przyjechała i chciałaby go zobaczyć“?
Czułem, że patrząc na Józefa, silnie się czerwienię. Jedną z przyczyn, wzbudzających mój rumieniec, było poczucie, że gdybym wiedział z jakiem poleceniem przyjechał Józef, inaczejbym go z pewnością przyjął.
— Prosiłem Biddi, wróciwszy do domu, by napisała o tem, ale jakoś niechętnie brała się do tego. „Wiem, mówi, że będzie bardzo zadowolony, gdy usłyszy to od was samych, a przytem i wybyście chcieli go zobaczyć. Dziś święto; jedźcie sami“. Skończyłem już panie — dodał, wstając z miejsca. — Życzę, byś żył i był szczęśliwym i stawał się coraz sławniejszym.
— Ale przecież nie odjeżdżasz zaraz?
— Tak, idę już.
— Ale przyjdziesz na obiad, Józefie?
— Nie...
Oczy nasze spotkały się i „panie“ zamarło na ustach Józefa.
— Nie, stary przyjacielu! świat jest pełen pożegnań i rozłączeń! Jeden na świecie jest kowalem, drugi obrabiającym miedź, trzeci — złotnikiem; i między tymi ludźmi powinny być różnice, lecz nie należy się tem rozgoryczać.