Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/021

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Jest taka sprawa. Siedzę parę dni temu u „Trzech żeglarzy“ gdy nagle przyjeżdża Pembelczuk swoim wózkiem. On — ciągnął, oddalając się od przedmiotu — często mi dokucza: wiesz pan, przekonuje całe miasto, że jest pańskim towarzyszem i przyjacielem od samej młodości.
— Głupstwo, Józefie! Wszak wiesz, że tyś był mym jedynym towarzyszem i przyjacielem.
— Oczywiście, wiem to nie gorzej od ciebie, choć to już wszystko jedno — powtórzył, zlekka wstrząsając głową. — A więc Pembelczuk przychodzi do mnie do „Żeglarzy“ — pan wie, co to za przyjemność dla robotnika napić się piwa i wypalić fajkę — mówi mi: „Józefie, pani Chewiszem chciałaby z tobą pomówić“.
— Pani Chewiszem?
— „Chciałaby z tobą pomówić“.
— Józef na chwilę się zatrzymał i popatrzył na sufit.
— I cóż, Józefie? Mówię dalej.
— Na drugi dzień zatem ubrałem się i poszedłem do pani Ch.
— Pani Ch.? Pani Chewiszem, chcesz powiedzieć?
— Tak do pani Ch., pani Chewiszem wszystko jedno — odpowiedział z takim wyrazem, jakby dyktował testament. — I spytała mnie: