Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/020

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


to łapał sztucznie w locie. W końcu upuścił kapelusz w naczynie do płukania, skąd musiałem go wyciągać.
Józef, skończywszy zabawę z kapeluszem, wpadł w taką zadumę, tak strasznie wytrzeszczał oczy i kaszlał, tak śmiesznie siedział na krześle i upuszczał z połowę swego jedzenia na kolana, że z duszy się ucieszyłem, gdy Herbert poszedł do City.
Brakło mi rozumu i serca, aby poczuć, żem sam zawinił; jeślibym się obchodził z Józefem nie tak oschle, nie postępowałby tak dziwnie; już zaczynałem się na niego gniewać i tracić cierpliwość.
— Jesteśmy sami, panie... — zaczął.
— Józefie, jak możesz nazywać mnie panem?
Uważnie patrzył na mnie i coś w rodzaju wyrzutu błysnęło mu w oczach. Mimo mego kiepskiego humoru odczułem, że w spojrzeniach jego przeglądała godność.
— Jesteśmy sami, a ponieważ mam zamiar pozostać tu niedługo, lepiej gdy od razu przystąpię do celu mego przyjazdu, który dozwolił mi widzieć pana. Choć niech mi pan uwierzy, nigdybym nie niepokoił dżentelmenów w ich własnych domach, gdybym nie chciał panu usłużyć.
Tak nie chciałem się spotkać ze wzrokiem Józefa, że nic nie odpowiedziałem na jego słowa.