Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/019

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— A więc kawy?
— Dziękuję panu — odpowiedział Józef, jawnie zasmucony propozycyą — jeśli się tak panu podoba, nie mam zamiaru się sprzeciwiać. Ale czy pan nie sądzi, że kawa zbyt nasyca?
— To znaczy herbaty? — rzekł Herbert, nalewając mu filiżankę.
W tej chwili kapelusz Józefa, wiszący przy kominku, spadł; Józef zerwał się, podniósł go i powiesił na to samo miejsce, jakby prawidła towarzyskie wymagały, aby kapelusz wkrótce spadł znowu.
— Kiedy pan przyjechał?
— Zdaje mi się, że wczoraj wieczorem? — rzekł Józef, kaszląc w pięść, jakby już od swego przyjazdu nabawił się kokluszu. — Nie, nie, to było nie wczoraj; ale tak, pozwól pan, pozwól pan, tak, wczoraj wieczorem.
— A widział już pan jakie osobliwości Londynu?
— O tak panie, zaraz z Uopselem poszedłem na żelazne koła, tylko nie są one zbyt podobne do tych obrazków, które rysują na ogłoszeniach, przybitych wszędzie na sklepach, te... tego... wie pan, są bardziej....
Uwaga jego została przerwana nowem spadnięciem kapelusza. Rzeczywiście ten nieszczęsny kapelusz wymagał ciągłej baczności. Wogóle była to bardzo ciekawa zabawa. To zrywał się i zręcznie podejmował go z podłogi,