Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/018

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


W tej chwili twarz Józefa przybrała wyraz przestrachu, jakby sam miał przywidzenie. Po tem poznałem, że Herbert wszedł do pokoju. Przedstawiłem mu Józefa a on wyciągnął doń rękę, lecz Józef cofnął się, uparcie trzymając swe gniazdo.
— Pokorny sługa pański, pozwoli mi pan wyrazić nadzieję, że pan i Pip...
Tu wzrok jego zatrzymał się na Peperze, stawiającym chleb na stole i już był gotów zaliczyć go do naszej kompanii, lecz spostrzegł mój wzrok i zmieszany dokończył:
— To jest, chciałem zapytać się, jak panowie... jak panów zdrowie, jak żyjecie w tym ciasnym i dusznym kącie? I choć może ten hotel bardzo jest ładny dla Londynu, ale, — dodał szeptem — jabym nawet i świń w nim nie trzymał, jeślibym naturalnie chciał je wyhodować, by mięso było smaczniejsze.
Oddawszy taką pochwałę naszemu mieszkaniu i wyraziwszy, mimochodem, chęć nazywania mnie panem, Józef został zaproszony do stołu i znalazł się w kłopocie, gdzie ma złożyć kapelusz. Widząc jego kłopot można było pomyśleć, że kapelusz jego może spoczywać tylko na przedmiotach rzadko spotykanych na świecie.
— Czego pan sobie życzy, kawy czy herbaty? — spytał Herbert.
— Bardzo dziękuję. Co pan woli?