Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/017

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— A jakże, rzucił kościół i poszedł na scenę. To właśnie sprowadziło go do Londynu wraz ze mną. Chciałby, abym się odważył, jeśli pan zechce mu zrobić ten zaszczyt...
Podał mi zwinięty afisz, jednego z małych teatrzyków stolicy, głoszący o debiucie: „znakomitego prowincyonalnego artysty amatora, którego pierwszy występ w tragicznym utworze naszego narodowego wieszcza sprawił wielkie wrażenie w kołach zwolenników dramatycznej sztuki“.
— Byłeś na przedstawieniu?
— Byłem. — odrzekł z wyrazem tryumfu.
— I rzeczywiście zrobił wrażenie?
— To jest... jakby powiedzieć... wrażenie było niemałe i skórki pomarańczowe sypały się na niego gradem; szczególnie, widzisz, gdy zobaczył widmo... I sam osądź, jak mógł dobrze oddać swą rolę, gdy, podczas samej rozmowy z widmem, krzyczą mu „amen“. Przypuśćmy, że człowiek ten miał to szczęście, że był przedtem osobą duchowną — mówił, zniżając głos, tonem współczucia i politowania: — ale to przecież nie powód, by mu przeszkadzać w podobnej chwili. A jeśli nawet cień ojca nie zajmuje całej uwagi, to cóż zajmie? Przytem jeszcze jego żałobna czapka była na złość tak mała, że pióra ją przeważyły i spadła mu z głowy.