Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/016

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


zapukał do drzwi i Peper (tak nazywano mego grooma) oznajmił: „pan Hardżeri“. Zdawało mi się, że przez wieczór będzie wycierał sobie nogi i że będę zmuszony wyjść, aby go oderwać wreszcie od wycieraczki; ale wszedł w końcu,
— Jak się masz, Józiu?
— Pip! jak ci się powodzi?
Z radosną twarzą położył kapelusz na podłodze, schwycił mnie za ręce i zaczął potrząsać niemi w górę i na dół, jak patentowaną pompą.
— Jestem szczęśliwy, że cię widzę, Józiu! Daj mi swój kapelusz.
Ale Józef schwycił go obiema rękami, jakby gniazdo z jajami i nie chciał słyszeć o rozłące ze swą własnością.
— Jakeś ty... wyrósł! zmężniał... i... tak... wyszlachetniał.
Parę chwil namyślał się, zanim wymówił to słowo.
— Doprawdy król i całe państwo powinno się tobą szczycić.
— I ty, Józiu, dobrze wyglądasz.
— Dzięki Bogu! zawsze takim byłem. Siostrze twojej nie gorzej, niż było przedtem. A Biddi zawsze tak samo rozumna. Wszyscy mają się tak, jak dawniej, jeśli nie lepiej. Tylko Uopsel dostał bzika.
— Zwaryował?