Strona:PL Julian Ejsmond - Antologia bajki polskiej.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przetrącił kłonicę
o wnuka Kuby ramię,
a iżby szkodą sfrasowane lice
rozchmurzyć, bieży ściąć nową na tamie.
Wnuk Grzeli nie ma liter, w te pędy na tamę.
Wicek (wnuk) rąbie na niej budulec na bramę.
(Brama niezbędna w porządnej zagrodzie,
jak zrąb u studni).
Stawia komin wnuk Gajdy i też tamę bodzie,
bo w tamie darmo glina, a kupić ją trudniej.

Jak tu nie wziąć, gdy coś blizko —
myśli sobie wnuk Rocha.
Słowem, czy po kosisko,
czy po hołoblę,
czy po wiele, czy po trocha —
wszyscy na groblę.

Mozolne budowanie, ale snadne psucie.
Przetarli chłopi tamę, niby wiecheć w bucie.
Widząc taką gospodarkę
pomrukiwał staw czasem, jak Miś, gdy łup wietrzy,
krótko mówiąc nie przeszło lat dziesiątków ze trzy,
znalazłszy w tamie tu i owdzie szparkę
wciskał w nią staw rozjarzmiony
strumienie, jak lis pazury
wtyka,
między przęsła kurnika.
Wiosna! wiosna! — odrodzenie, choć nieraz i zguba.
Pękła lodów łuska gruba.
Z chlupotem zgiełcznym rzeczki, rowy leją męty
w rzek gardziele. Staw zaryczał wzdęty.
Zerwał się wicher: z krą, iłem i pianą
Pędzi falę wezbraną.