Strona:PL Julian Ejsmond - Antologia bajki polskiej.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wściekła fala kruszy, łamie...
Już po tamie! Już po tamie!

Staw wziął co swoje: bramy litry i kłonice,
nadto zalał okolicę.



ŚWIECA, SŁOŃCE I POETA.


Mówiąc, że nieraz własna czyjaś samochwała
zasłudze przeczy,
która im jest niklejsza,
tem bardziej zuchwała —
nie będziemy od prawdy za bardzo dalecy.
Próżność to rzecz najzwyklejsza,
i na to próżnoby się zżymać.

Raz poeta coś pisał przed świtem przy świecy.
Co widząc, ta pychą nuż się nadymać.
— Beze mnie — mówi — niczem
twoich rymów siła,
których byś nie zapisał, gdybym nie świeciła
swoim ci zniczem.
Wiersz, który ci z pod pióra płynie
tak bogato,
zawdzięcza przejaw komu? — mojej stearynie,
albo sadłu dajmy na to.
Gdzież byłyby te twoje idealne hasła,
powiedz mi z swej łaski,
gdybym zgasła?
Winieneś więc mnie z łoju,
z stearyny, z sadła
cześć...

Poeta nic nie mówił, jak gdyby nie słyszał.
Pisał.