Strona:PL Julian Ejsmond - Antologia bajki polskiej.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wieki stałem i stoję i stać będę dłużej.
Ni mnie się topór ima,
ni mrozem trwoży zima,
ni mi robak nie roztoczy łona,
choć wszystko wokół mnie kona
i wszystko ginie i gnije,
ja — żyję!!«.
»Żyjesz, prawda«, rzekł szlachcic, »ni cię skwar ususzy,
ni czas ci w próchno twardej nie zamieni duszy,
lecz czemu, powiedz, kochany,
masz jaki sposób nieznany?«
»Czemu?«, rzekł dąb, ruszając konarami swemi,
»trzymam się ziemi!«.
— — — — — — — — — — — — — — — —
Te słowa niosło echo po polach, po gajach,
a szlachcic... poszedł szukać chleba przy tramwajach.



KAŁUŻA I SŁOŃCE.


Z zatęchłą wodą kałuża
wcale nie duża
lecz pełna bakteryi i śmieci,
chełpiła się na słońce, patrząc, że też świeci.
To rzekło: »Prawda, jednak chciej wiedzieć i o tem,
choć jesteś tylko błotem:
nie możesz się równać ze mną tak dalece,
bo świecisz jeno wtedy, gdy ja na cię świecę«.



WĘŻE.


Nie wiem co za fantazya Lwu do łba strzeliła,
Chciał się on raz dowiedziec, kto w jego gromadzie,
gdyby się potrzeba zdarzyła,
mógł decydujący głos posiadać w radzie,