Strona:PL Julian Ejsmond - Antologia bajki polskiej.djvu/028

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mocą swą przyrodzoną? Wytrwam ja gromowi,
wytrwam wiatrom i gradom, wytrwam piorunowi.
A ty, by namniejszy wiatr, zaraz czołem bijesz,
ledwie że się przed wiatry pod wodę nie kryjesz!«
Umilkła zatym trzcina, za wygraną daje,
bo więc przeciwko prawdzie rozumu nie staje.
W kilka dni potym, gdy się wiatry rozigrały
i nad zwyczaj się prawie zewsząd siłowały,
trzcina raz się położy, jakby ją podkosił,
drugi raz się podniesie, jakby ją kto wznosił.
Dąb się zaś opierając ogromnie szumowi,
nie chce w nakłony podać gałęzia wiatrowi.
Wszakże się mocy jego przecię nie uchronił,
bo go wiatr tuż przy ziemi gwałtownie przyłomił.
A wtym trzcina do dębu rzecze temi słowy:
»Mógłbyś się teraz sromać onej chlubnej mowy,
gdyż już leżysz bez dusze, a mnie zaś ukłony
dodały przeciw wiatrom wszelakiej obrony«.
Tak i człek skłonny rychlej ujdzie razu złego,
a hardość zaś częstokroć poraża butnego.
I niemasz nic od rzeczy, jeśli podleźć przydzie,
gdzie się więc człowiekowi przeskoczyć nie zejdzie.


Nie jedno szczęście wszystkim.
XXXV. O DWU OŚLECH.

Dwaj osłowie, spół idąc, nosili ciężary
różne: więc jednego z nich dolegał bez miary
towar solny, — drugi, acz nierówno pracował,
gębki nosząc, a przecię barziej utyskował.
Weszli wtym oba w wodę. Ten, co obciążony
był solą, padł przez kamień prądem potrącony.
A gdy tak leżał w wodzie, sól się roztopiła,