Strona:PL Jerzy Żuławski - Kuszenie szatana.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ocknął się, — przed nim ciemna otchłań...
— Nie zasymiluje! — śmiał się wiatr.
— Pójdź, pójdź, — szumiała woda.
Przechylił się jeszcze więcej. Już tylko kurczowo zaciśnięte dłonie i tarcie podeszew o kamienne płyty trotuaru utrzymywały go w równowadze.
— Pójdź — szumiała woda.
I nagle wszystko, wszystko wydało mu się takiem ogromnem, niewartem wspomnienia głupstwem, — i życie, i praca, i zawody, wszystko... Ogromny spokój i błogość niewypowiedziana ogarnęły go, — uśmiechnął się, przymknął oczy i...
Drgnął i wyprostował się. Oprzytomniał. Szeroko otwartemi oczyma pojrzał dookoła. Latarnie pogaszono już wszędzie; wiatr zacinał drobnym, zimnym deszczem.
Przez chwilę stał niepewny, patrząc ze zdumieniem dokoła na ciemny świat i na wodę, która, jak mu się zdawało, przed chwilą tak blizka, teraz pogardliwie gdzieś daleko w dół z pod stóp mu się cofnęła...
Spojrzał jeszcze raz na niebo, na wodę, uśmiechnął się, machnął ręką, chrząknął i otulając się w wytarty płaszcz, ruszył prosto do nocnej knajpy, gdzie się wczoraj tak dobrze bawił...