Strona:PL Jerzy Żuławski - Kuszenie szatana.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tomność. Palce zgiął kurczowo dokoła żelaznej poręczy i pochylał się coraz więcej naprzód. Nie wiedział już, gdzie jest i co robi. Widział tylko tę ogromną wabiącą toń wody pod sobą i słyszał szumiący wicher... Zawrót miał straszny. Zdawało mu się, że z mostem i całym światem razem ruchem zrazu powolnym, lecz wzmagającym się stale, kręci się, opadając przytem ciągle ku lewej stronie i coraz niżej. — Coraz silniej trzymał się poręczy, aby nie zlecieć w tę otchłań, w którą razem z mostem zdawał się posuwać...
Nużące wrażenie nieustannego ruchu ustąpiło wreszcie miejsca dziwnym halucynacjom. — Zdaje mu się, że siedzi w aptece i pracuje. Późno już jest i płomień gazowy syczy tak nieznośnie... Jest strasznie zmęczony, ale nie może się kłaść spać, bo dzisiaj robota ma być ukończona — dzisiaj wynaleść musi niezawodne lekarstwo na wszystkie choroby... A ten płomień gazowy tak syczy...
Nagle — retorta pęka i — zamiast upragnionego lekarstwa, wysypują się z niej miljardy tyfusowych zarazków, rozlatują się po świecie; zaraza wszędzie; wszyscy chorują, wszyscy go przeklinają... Chciał krzyczeć, chciał się usprawiedliwiać, ale głos zamarł mu w piersi.