Strona:PL Jerzy Żuławski - Kuszenie szatana.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


życ, i kwiaty pachną, i ptaki śpiewają... Dziecięce jakieś wspomnienie zabłąkało mu się w mózgu — i nagle taka go ogromna żałość zdjęła, że rozpłakał się, jak dziecko. Odwrócił się teraz i przechylony naprzód, wsparł łokcie na żelaznej poręczy, twarz ukrył w dłoniach i trząsł się wewnętrznem spazmatycznem łkaniem.
Długa chwila upłynęła, nim się uspokoił nieco i otworzył oczy... Księżyc zaszedł za chmury, a przed nim w dole szkliła się niewyraźnie czarna otchłań wody... Myślał teraz znowu o sobie, o życiu swojem, zmarnowanych latach, zniszczonem zdrowiu, niepowodzeniach wszystkich i tym celu życia, w którego osiągnięcie od wczoraj już wierzyć przestał. Skronie na chwilę świeżym powiewem nocy ochłodzone, płonęły mu teraz na nowo; pod powiekami czuł gorący piasek. Wypity koniak zaczynał teraz dopiero działać, jak nigdy jeszcze. W głowie czuł szelest nieznośny: przed oczyma wszystko mu krążyło.
I powoli szum zrywającego się wiatru zaczął mu się zlewać z głuchem mruczeniem rzeki w dziką i okropną jakąś muzykę, w której słyszał ciągle powracającą szyderczą fugę:
— Nie zasymiluje... nie zasymiluje...
Strach go ogarniał. Zaczynał już tracić przy-