Strona:PL Jerzy Żuławski - Kuszenie szatana.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wyszedł już ze śródmieścia i wchodził właśnie na most, olbrzymiem żelaznem żebrem wyginający się ponad głębokim wąwozem, w którym na dnie bystra rzeka szumiała. W połowie mostu przystanął, i wsparłszy się plecami o żelazną balustradę, zdjął kapelusz i począł chustką czoło obcierać.
W powietrzu dawał się czuć lekki chłód nocny i rzeźwość wonna, niewypowiedziana. Głębokim wąwozem ponad szumiącą wodą płynął łagodny powiew nocny i chwiał słabemi płymykami rzadkich latarń gazowych. Księżyc wychodził właśnie w pełni z poza wysokiej wieży starego tumu i patrzył przez gotyckie okna na świat i na wodę, z jednej strony gwiazd pełną i lekko się pod światło iskrzącą, z drugiej przywaloną olbrzymim cieniem mostu i gotyckiej wieży.
Aptekarz patrzył na bzy w głębi wąwozu kwitnące, na księżyc, który kilka razy przez okna wieży błysnąwszy, zagasł na chwilę i teraz znowu u szczytu z pomiędzy kamiennych różyc gotyckich jak srebrna różyca wypłynął, — słuchał słowików ogromnym chórem zawodzących i myślał, że są przecież ludzie na świecie, którzy nie tracą życia w zamkniętej i dusznej aptece śród retort i słoików, — dla których i słońce świeci i księ-