Strona:PL Jerzy Żuławski - Kuszenie szatana.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wiedział, że jest to tylko przypuszczenie, że niekoniecznie ma być tak źle, — a jednak czuł, że cały zapał i wszystka energja bezpowrotnie uleciały. — Jeśli tak wogóle może być — po co pracować?
Przy innych okolicznościach cios możeby nie był dla niego tak straszny, — wszakże bądź co bądź widmo zupełnego niepowodzenia było tylko jedną z licznych możliwości, — teraz jednak była to ostatnia kropla dolana do czary...
Zaczął drżeć cały; policzki mu płonęły; od czasu do czasu dławiła go czkawka. Patrzył teraz błędnem okiem na szkła i retorty, jakby nie rozumiejąc, po co on między niemi tyle lat młodego życia stracił.
Po raz pierwszy od długiego, długiego czasu zapragnął uciec z tej apteki — do ludzi. Duszno mu było i straszno.
Znał małą piwiarnię na przedmieściu, gdzie co noc zbierało się kółko jego znajomych... Bywał tam niegdyś... Zarzucił płaszcz i pobiegł tam prosto. Wchodząc do dymnej, gwarnej izby, zawahał się. Spostrzeżono go jednak zaraz i przywitano chórem zdziwienia i śmiechu, nie dozwalając się cofnąć. Szedł więc ku nim z bezmyślnym uśmiechem, chwiejąc się na nogach.