Strona:PL Jerzy Żuławski - Kuszenie szatana.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tak niepewnej! Ludzkość będzie chorowała tak jak dotąd, — ty idealisto!
Jakby piorun trzasnął u jego nóg. Szkoda czasu i sił!... Zdawało mu się, że się gmach jakiś wali nad nim i przygniata go swym ciężarem. Płomyk lampki gazowej, retorty i klatka z białym szczurem zaczęły tańczyć przed jego oczyma. Nie mógł się na nogach utrzymać i musiał usiąść. Pobladł widocznie, gdyż nawet gość to zauważył.
— No, no, ostatecznie nie rób sobie nic z tego, co powiedziałem, — rzekł. — Przecież nie koniecznie musi być tak źle... Chciałem ci tylko oczy otworzyć... Zresztą — pracuj, szukaj, próbuj — a zobaczymy!
— A a! — ziewnął, — spać mi się chce! Pójdę do hotelu. Bądź zdrów, a najlepiej daj już pokój pracy na dzisiaj i połóż się także spać...
I poszedł.
Poszedł sobie, jakgdyby nigdy nic — i zostawił go z tą straszną wątpliwością, której się teraz nie mógł obronić.
— A jeżeli on ma słuszność? — powracało mu ciągle do głowy, — jeżeli moja praca istotnie do żadnego celu nie prowadzi! Jeżeli organizm nie zasymiluje?...