Strona:PL Jerzy Żuławski - Kuszenie szatana.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dać, bo pani majstrowa nie chcą spokojnie leżeć...
Ukryty w cieniu drugi chłopak wybuchnął przemocą powstrzymywanym śmiechem.
Młody człowiek zatrzasnął drzwi niecierpliwie i powrócił na dawne miejsce. Nim jeszcze usiadł, rozległo się gwałtowne uderzenie w okienicę i śmiech zadowolonych z figla uliczników:
— Ty! japtykorz!...
On wsparł znowu głowę na dłoniach i patrzył bezmyślnie przed siebie. Na zegarze wybiła druga.
Nagle podniósł oczy, jakby ze snu ocknięty i szybkim ruchem wyrwał płonącą lampkę z pod retorty. Mały termometr w brunatnym rozczynie zanurzony pokazywał o pół stopnia więcej, niż było potrzeba. Chemik z niezadowoleniem wziął retortę do ręki i przypatrywał się pod światło rozczynowi, z lekka co pewien czas naczyniem potrząsając. Białe, maleńkie bańki ukazywały się w cieczy i wznosiły się w górę, szybko na powierzchni pryskając.
— Jeszcze się nic nie stało — szepnął. Po chwili jednak opuścił ręce z wyrazem zniechęcenia: