Strona:PL Jerzy Żuławski - Kuszenie szatana.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Po co to wszystko, szeptał, — jeżeli on ma słuszność? jeżeli krew... nie zasymiluje?...
Oparł naczynie o stos zeszytów i przeszedł do drugiego pokoju. Po ciemku zbliżył się do jednej z szaf, schylił się i wyjął dużą flaszkę koniaku. Nalał szklankę po brzegi i wypił szybko, chciwie. Wracając, chwiał się na nogach; krwawe rumieńce wystąpiły mu na żółtą, zwiędłą twarz.
Pracował już tak od kilku lat po nocach, a od paru już tak pił. Początkowo, aby pobudzić myśl i energię do pracy, później aby nie zasnąć ze znużenia, a teraz poprostu dlatego, że już nie mógł inaczej. Na trzeźwo pracować już nie umiał. Gdy się cały dzień stoi albo biega i przyrządza lekarstwa, to się jest wieczorem cokolwiek zmęczonym. A wszakże kiedyindziej nie miał czasu na samodzielną pracę. Dopiero gdy Pryncypał opuszczał wieczorem aptekę, on zamykał drzwi i okiennice, wychylał parę szklanek koniaku i siadał przy retortach, lub kreślił długie szeregi znaków na papierze. Wiedział, że taką pracą zabija wątły swój organizm, że się zatruwa alkoholem, jasno sobie zdawał z tego sprawę, że parę lat jeszcze życia takiego — a bę-