Strona:PL Jerzy Żuławski - Kuszenie szatana.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wielkiego pokoiku tonęła w półcieniu. Majaczyły w nim tylko wyraźniej rozchylone nieco szklane drzwi dużej szafy, pult jakiś wysoki, zarzucony książkami, śród których stały opróżnione menażki restauracyjne, — a dalej jeszcze wyglądały z mroku kręcone schody żelazne, wprost na piętro wiodące. Przez otwarte drzwi w bocznej ścianie widać było szeroką, wagami zastawioną ladę i tonące w cieniu półki, pełne flaszek i słoików. Duszna, gryzącymi wyziewami aptecznymi i dymem tytuniowym przesycona atmosfera wypełniała cały pokój.
W ciszy słychać było miarowe tykotanie zegaru i syk lampki gazowej. Wtem rozległ się szybki stuk w okienicę i przytłumiony śmiech. Młody człowiek nie poruszył się; dopiero na dźwięk dzwonka aptecznego powstał szybko i przeszedł automatycznie do sklepu. W otwartych drzwiach stanął przed nim obdarty chłopak z terminu. Z poza ramion jego wyglądała z cienia druga śmiejąca się twarz urwisza.
— Czego?
— Pon majster prosi piknie proszku perskiego za centa.
— Wynoś się!
— Proszę pana japtykorza, trza koniecznie