Strona:PL Jan Sten - Jeden miesiąc życia.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


KARSKI [smutniej]. Dzisiaj już nic nie ma we mnie.
ZOFIA. Bo się męczysz, bo się trujesz głupstwami, o których mówić nie warto nawet. [z dziecinnym zapałem]. Słuchaj, ty musisz być wielki! zrobisz to dla mnie, prawda? [jakby chwytając z radością myśl, która się jej nawinęła]. Jak to dobrze, że masz teraz mniej roboty w redakcyi! No bo wprost nie miałeś czasu, ale teraz codzień popołudniu zasiądziesz do pisania. [żartobliwie]. Tak, mój drogi, skończyło się próżniactwo! Już Zośka cię dopilnuje. Dokończy pan tę komedyę którąś mi czytał kiedyś — pamiętasz u mnie jeszcze. To takie śliczne było. Poślemy to do Warszawy. [opamiętuje się]. Nie do Warszawy, nie — gdzieindziej, do Krakowa lub Lwowa. A później pojedziemy na przedstawienie. [smutnie]. Tak dawno już nie słyszałam, jak dokoła mówią po polsku... [znów żywiej]. Ty pójdziesz sobie do loży, a ja schowam się gdzieś cichutko, skromniutko, na galeryi, w takim kąciku, aby mię nikt nie widział. Potem oklaski, krzyczą: autor, autor! Ty się kłaniasz. [dziecinnie, klaszcze w dłonie]. Ja się chyba spalę z radości, że to ty, ty mnie kochasz. A może ty wtedy przestaniesz twoją Zońkę kochać?
KARSKI [słucha, nieco zamyślony, zdjęty rozkoszą]. Mów, mów dalej... Jaki ty masz głos!