Strona:PL Jan Sten - Jeden miesiąc życia.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i ciemno dokoła! Wracając przechodziłam koło Notre Dame; drzwi były otwarte, grały organy, poszłam. Było tak pełno, a nad nami leciały tony głębokie, wielkie, jakby wicher z organów zrywał się i rozpędzał nam dusze, gdzieś daleko, po nieskończonościach, już u samych stóp Boga. Nie, ja się nie modliłam, ale byłam tak wysoko, tak daleko i od Sekwany, i od tego pokoju na Glacierze...
KARSKI [zazdrośnie]. I odemnie?
ZOFIA [jakby w zachwyceniu]. Tak, — i od ciebie. Ty się gniewasz o to? Ale jak wróciłam, to byłam taka silna, taka pewna, taka spokojna. Gdybyśmy na ulicy nocować mieli, to wiedziałam, że się nam nic nie stanie i że ja nic złego do ciebie i do mnie nie dopuszczę.
KARSKI [po krótkiej ciszy]. Daj mi swą duszę.
ZOFIA [pieszczotliwie]. A któż to ją ma?
KARSKI. Nie, nie tak, nie tak. Ja mam być poetą, artystą, ale ja nic nie stworzę, ja nic nie kocham. Ja się niczego, niczego nie lękam, ale i nic nie kocham. Słucham, śledzę twe czucia, ja wiem, że tam nic nie ma, ale wierzyć w Boga jest pięknie, bardzo pięknie. [z smutną ironią]. Co jest pięknego we mnie?
ZOFIA. Ty nic nie stworzysz? A kto napisał: »Widziałem krew na duszy mojej«? Kto napisał: »Złote gromy«?