Strona:PL Jan Sten - Jeden miesiąc życia.djvu/183

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ZOFIA [bardzo wesoło]. No widzisz, znów to samo, a ja tego tak nie lubię. Napewno nawet nie wiesz co ja mówiłam. Tak mnie słuchasz? Myślisz, że to przyjemnie... Ty mnie chyba masz za bardzo głupią. Może masz racyę nawet. Ja jestem taka roztrzepana.
KARSKI [powoli]. Chciałbym nic w życiu nie słyszeć oprócz głosu twego. Tak, głos twój pokochałem najpierw.
ZOFIA [z wybuchem śmiechu]. Najgorzej w świecie! No już teraz nic, nic nie słucham. Ot do czego to prowadzi! Zapomnieliśmy na śmierć o obiedzie. A jestem taka głodna. A jak Zońka jest głodna to jest taka zła, zła...
KARSKI. Dziecko, dziecko moje.
ZOFIA [podbiega do szafy, otwiera ją i przegląda półki]. Ale nic nie ma w domu. Tylko kawałek masła od wczoraj został. Trzeba jeszcze zejść do miasta. [wracając znów do Karskiego, który stoi przy stole]. Czekaj, pomyślimy co będzie na obiad. Najpierw... najpierw sardynki — ty lubisz sardynki — prawda? Potem kupimy dwa duże befsztyki, takie po sześć susów, a na deser... [wesoło] no zgadnij, co ci kupię na deser, zgadnij!
KARSKI [pieszczotliwie, wesoło]. Nie wiem, ty szalona główko.
ZOFIA. Bo nie zgadniesz. Róże, róże. Widziałam wczoraj takie śliczne róże, białe, ledwie