Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.6.djvu/342

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


JACHOBOD.

Idź za nim!...


SALOME.

Na świecie
niema dziś dla mnie odróżnienia łoża
purpurowego od głazu, bezdroża
od prostych, bitych gościńców... Do matni
poszłabym za nim, gdyby chciał... Ostatni,
brudny zaułek wstrętu mi nie sprawi,
chociaż do komnat nawykłam przestrzennych,
do marmurowych posadzek i sennych
fontan różanych... Ale coraz krwawiej
szarpie mnie chłodem!... Odesłał mi wczora
kosztowny chiton, a dziś, kiedy chora
z szału, pod stopy rzuciłam mu zioła
świeżo rozkwitłe, nie nachylił czoła,
aby je podnieść, a tylko, gdzie matka —
pytał się — moja i, zda się, z ukradka
spojrzał na ciebie... Kocha cię?...


JACHOBOD.

Tak! kocha,
albowiem treścią jego prawd jest miłość!...


SALOME.

Kocha cię! kocha!... Zabójcza opiłość
słodkiego słowa!... A dla mnie — — macocha
nie będzie sroższą córce, urodzonej
z współzawodniczki, niźli losu szpony,
które się wgryzły w me serce!... Zaiste!!
I ty go kochasz — — ?!...


JACHOBOD.

Kocham! W promieniste
wiedzie mnie kraje...