Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.6.djvu/343

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


SALOME.

I z takim spokojem
śmiesz się tem chełpić przed obliczem mojem?
Śmiesz tak otwarcie wyznawać przed księżną,
która cię zmiażdży swą ręką potężną,
jeżeli zechce?...


JACHOBOD.

Płonne groźby!... Niema
takiej przemocy, któraby, obiema
schwyciwszy dłońmi rdzeń mojego wnętrza,
mogła ją wyrwać... Rdzeń to przenajświętsza,
będzie nim żyła na wieki, na wieki,
reszta niech ginie!...


SALOME.

Zuchwałaś!


JACHOBOD.

Daleki
duch mój od ziemskiej zuchwałości! Za to
blizki jest wiary, twardej, jak opoka,
że, pospieszając śladami proroka,
stanie oczyszczon — o święta objato! —
u wrót przybytku, gdzie się wypełniła
wielka przedwiecznej obietnicy siła...


SALOME.

przemawiasz do mnie językiem kuglarzy,
wędrownych magów i wróżek... Na twarzy
która przed chwilą była jak umarła,
taki masz ogień, jak gdyby cię żarła
nieugaszona, głośna chuć! Stłum w sobie
ten krzyk złowróżbny, w świetlistej ozdobie
płynący w przestrzeń, co winna się ku mnie
nachylić z swoją jasnością... Zbyt dumnie
spoglądasz na swą władczynię! Rozkoszą