Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.6.djvu/340

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


uśpiwszy zdradnym mą czujność, w głębokiem
pełzłaś milczeniu ku niemu!... Odpowiedz:
do jakiej wiódł cię kryjówki?


JACHOBOD.

Manowiec
słów twych tak strasznie błędny i tak smutny
i tak zarazem srogi i okrutny,
że dusza moja wyjść z niego nie zdoła.
Cierniami ranisz jej skronie dokoła,
wzrok jej wykłuwasz płonącą pochodnią,
na ścieżkę piętrzysz jej zbrodnię za zbrodnią,
że tak omackiem krocząc i bez siły,
wciąż się potyka o ten stos przegniły
twego bluźnierstwa. Ale choć tak biedną
i tak bezradną jest ma dusza, jedną
widzi w szaleństwie twojem prawdę: Pani!
kłamiesz, jak — tamte!...


SALOME.

Niech kłamię!... Ja nie wiem —
prawda czy kłamstwo pali mnie zarzewiem:
niech pali prawda! mogę umrzeć dla niej!
Niech piecze kłamstwo! paść od niego mogę!
Tylko mi wyznaj: czem zaścielasz drogę,
jakie mu kwiaty rzucasz u przedsionka
twojej komory — — — ?


JACHOBOD.

Przestań!... On w tym domu
cierpieć mi kazał, więc chociaż od sromu
konam, znieść muszę...


SALOME.

— — — powiedz: jakie gronka
na stół mu kładziesz, by ochłodzić wargi?
Z winnic Engaddi, czy te, które targi