Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.6.djvu/339

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


szarym powrozem, skręconym z konopi,
a zaś wieczorem nikt nas nie wytropi,
na jakich puchach z przymrużoną legnie
powieką wasza lubieżność...


JACHOBOD.

Nie zegnie,
chociaż mnie bije twoja pięść...


SALOME.

Wiem: nikła,
łabędzia szyja niedarmo przywykła
dźwigać na sobie to żylaste ramię,
które wygraża mej matce. Nie kłamię:
Gotowa-m przysiądz, że w górze ją trzyma,
tę dłoń grożącą, zazdrość o ojczyma — —
Sama widziałam cień Herodyady,
jak się od strony ślizgał, gdzie on, blady
z nadmiernych wzruszeń, stał i w chłodzie liści
ogrodnych ważył, gdzie większe korzyści:
w chwytaniu resztek Herodowej strawy,
na złotej misie podanej, czy w krwawej,
poklasku pełnej, buntowniczej chwili,
kiedy się dusza nad siebie wysili
i miłość wyrwie rozpacznie... rozpacznie!
K’temu drugiemu przechylił swą szalę,
bo mu się zdaje, że wieki wspaniale
żyć będzie swojem zwycięstwem!... Nim zacznie
umierać z sławy, ból go ludzki szarpie,
ból wyrzeczenia, więc się mści... Jak harpie,
zdążają za nim z swych paznogci ostrzem
zdeptana duma i wstyd jadowity...
By się ukoić, szuka Sulamity —
tyś mu zajrzała do oczu! Snąć prostszem
jest to od drogi tej, która przez życie
idzie ku śmierci... Co?!... Milczysz?... ty!... Skrycie,
jak wąż się kładłaś u mych pięt i, wzrokiem