Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.6.djvu/338

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Salome milczy, jakby chciała zapanować nad wypadkami — w błyskawicznym momencie poddaje się jednak gwałtownemu wybuchowi.



SCENA JEDENASTA.

SALOME. JACHOBOD.

SALOME rzuca się na Jachobod, chcąc jej zedrzeć suknię z ramion.

Pokaż-że! pokaż!... Niechże ja zobaczę,
czem go umiałaś przywabić!...


JACHOBOD odpycha ją.

Precz!!! Usta
niechaj ci zamknie srom!...


SALOME.

A twa rozpusta
niech tryumfuje!... Chytro-mądrzy gracze:
Tamten pogardził suknią z złotogłowiu,
a ta — w włosieniu! zapięta!... Na zdrowiu
odbije wam się ta skromność... A może
dla oczu ludzkich chodzicie w pokorze,
naśladujący przedmiejskie hołysze,
aby tem większą swojej chutnej pysze
zgotować rozkosz, zmyliwszy pogonie
podejrzliwości motłochu?... Niech płonie
ogień ofiarny w podziemiach!... Rozumię:
trudno byłoby zbudzić podziw w tłumie,
że się jest Pańskim, natchnionym wybrańcem,
którego Jahwe postawił nad szańcem,
oddzielającym winę od wydętej,
krzykliwej cnoty... Dziś między panięty
ten zezowaty obyczaj: w południe
skóra wielbłądzia, przepasana cudnie