Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/455

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
349
WOJTEK SKIBA

Który, bezmiaru łez ludzkich łakomy,
Stał się na wszystkich obliczach widomy.
»Kto się w opiekę« zajękło w przestworze!...
I szli z tą pieśnią silniej, niźli gromy,
Przenikającą ludzką pierś: ukorzę
Skroń przed nią — znać oddechy stworzyły ją boże.

XLIV.
O niechaj idą! Niech w ten grób głęboki
Dłoń ich na trumnę grudki ziemi ciska,
My w inną stronę zwróćmy swoje kroki!
Spieszmy w stolicę! Do tego ogniska,
Z którego promień nauki wytryska,
Do tego kojca, gdzie cienie ponure
Śród cuchnącego gnieżdżą się łożyska,
Tam, gdzie się puszą zbytki pawiopióre,
Gdzie nędza trędowatą pokazuje skórę.

XLV.
Do tej izdebki wejdźmy, gdzieś pod dachem,
Małem okienkiem patrzącej w podwórze,
Na które oko spogląda ze strachem:
W turmę ją zmienia wązki mur przy murze,
Ciemną, zatęchłą; ten szmat niebios w górze,
Przymglony dymu i pary kłębami,
Podwórka tego nie skąpie w purpurze
Bożego światła; wilgoć mury plami,
Zbyt hojnie ściekająca zbrudzonemi łzami.

XLVI.
Cisza tu straszna... Wszak sabaudczyk kruczy
Z płomiennem okiem, z opaloną szyją,
Na katarynce nawet nie zahuczy
W tym wstrętnym kącie... Czasem się pobiją
Brudne kucharki, co tu statki myją,
Czasem tu handlarz starzyzny się zjawi,