Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/453

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
347
WOJTEK SKIBA

Prędzej od morza cofną się te rzeki,
Prędzej się żyto z kamienia urodzi,
Niż ona wróci do nas« — tak z łzami wywodzi.

XXXVII.
»Żegnajcie, ściany, które ręką własną
Nieraz bieliła! Żegnajcie, obrazy,
Z których ścierała owy kurz, by jasną
Twarzyczkę Matki Najświętszej, bez zmazy
Z Ducha poczętej, oczyścić ze skazy,
Którą nanosił dym lub owad marny!
Juścić te ręce zimne są, jak głazy;
Juścić te oczy, niby obłok czarny,
Na wieki poprzysłaniał ten nasz los bezkarny.

XXXVIII.
Żegnaj, kominku, na którym tę trochę
Codziennej strawy w garnuszku warzyła!
Ty, święty progu, coś widział i płoche
Chwile wesołej młodości, gdy była,
Jako wiewiórka śród boru, i siła
Ciężkich kłopotów, gdy później ta dola
Na te jej słabe plecy się zwaliła:
Żegnaj! o żegnaj! Taka boża wola,
Że już cię nie przestąpi ta nasza kumola.

XXXIX.
Opowiadają i w księgach tak pisze,
A i niejeden z nas, żyjących ludzi,
Sam się przekonał, że wkróś nocną ciszę
Nieraz się zmarły z swej mogiły budzi
I dom nawiedza, gdzie się jeszcze trudzi
Człek mu pokrewny: mąż, żona lub dziécię,
Lecz to się serce nadaremnie łudzi:
W grobie, Rozalio, swą północ prześpicie,
Wszak tu już obcy będą narzekać na życie!...