Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/443

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
337
WOJTEK SKIBA

Niejeden nędzarz zbył się swego plonu
I znów się znalazł w tem zaklętem kole,
Co próżną wiarą śmierzy głodu bole,
Że będzie lepiej z przyszłych sprzętów czasem,
Że szparki posiew, porzucony w rolę,
Zaszumi znowu ciężkich kłosów lasem
I serca rozraduje sypkich ziarn zapasem.

IV.
Tak! pusto dzisiaj i smutno na ziemi!
Wiatr, jak to zwykle bywa w listopadzie,
Dmie od zachodu i tchy wilgotnemi
Bez miłosierdzia, niby wąż, się kładzie
Na nagie drzewa w marnym, chłopskim sadzie,
Syczy we wiśniach, na dół zgina grusze,
Rwie się z jabłonią w uporczywej zwadzie,
Na krzewy głogu sypie dżdżów swych prósze,
Że w mętnych lśnią kropelkach, jak skalane dusze.

V.
Nie wiem, jakiemi odmalować słowy
Zagrodę Skiby, co w tej mglistej porze
Do dziwnych tonów nastraja duchowy
Bardon pieśniarza... Ach! serce otworzę,
I jeśli znajdę w niem — nie uczuć morze,
Lecz jedną kroplę o prawdziwej treści,
Wnet ją przeleję do tych słów i złożę
Te proste zwrotki w taki hymn boleści,
Że w nim się wszystek zawód, wszystek trud pomieści.

VI.
Że łzy wycisnę ze źrenic słuchaczy,
Jeśli łez źródła nie wyschły w ich łonie,
Jeżeli nędza, co swe ślady znaczy
Wczesną starością, co fałduje skronie
I w posiekane, chropowate dłonie
Brudem się wgryza, może znaleźć jeszcze