Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/321

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
215
DWAJ BRACIA RODZENI

Żaden rozum już dzisiaj nie zbada,
Czy to nasze, czy jego, bratowe?!...

Nie ma-ć plugu dziś jeszcze w tej ranie,
Ale żaden już rozum nie zbada,
Co się jutro w chudobie tej stanie,
Gdy braciszek tak ciebie zagada:
»I ja ślubne zgotuję posłanie,
I mnie cosik tęsknica opada...«

Gdy braciszek zagada tak ciebie:
»I ja ślubne zgotuję posłanie,
Człek samotny, jak robak się grzebie«,
Cóż się wtedy w obejściu tem stanie?
Jak ten złoty miesiączek na niebie,
Ni dwie sługi tu będą, ni panie!...

O jedyny! o droższy nad życie!
Nad ten złoty miesiączek na niebie!
Człowiek wstaje o rannym już świcie,
Jak ten robak, tak do dnia się grzebie.
A nie wiada, na czyje obycie,
A nie wiada, ku czyjej potrzebie...

O jedyny! o luby! o słodki!
Nie wiadomo, na czyje obycie
Człowiek nieraz, jak marne stokrotki,
Mięknie w deszczu przy owsie, przy życie;
Nie wiadomo, dla kogo człek wiotki —
Człowiek słaby ma wstawać o świcie.

Nie wiadomo, dla kogo w tym skwarze
Ma się człowiek, słabiuchny i wiotki,
Jak słonecznik, tak suszyć!... Zaparzę
Ledwie jagieł z okrasą, już plotki,
Że nie swego pieczenie wej! smażę —
O jedyny! o luby o słodki!...