Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/317

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
211
DWAJ BRACIA RODZENI

Gdy w swe rządy obejmie zagrodę
Jego córa — Poluchna się zowie;
Jest-ci dziewczę, jak wiosna, tak młode,
A tak świeże, jak trawka na rowie.

Dawno było już w mojej ochocie
Ono dziewcze, jak wiosna tak młode;
Jaćbym dla niej porzucił i krocie,
Dla niej szedłbym przez ogień i wodę;
Żyć samotny, jak kołek ten w płocie,
Nie na dobre to idzie — na szkodę!...«

»Ej-że, prawda! wychodzi ku złemu
Żyć samotnie, jak kołek ten w płocie«,
Tak brat starszy odrzecze młodszemu; —
»Kiedy serce utonie w tęsknocie,
To nie ulżysz serduszku ciężkiemu,
Choć po uszy opływałbyś w krocie...

Idź! zrób koniec w najpierwszą niedzielę,
Bo nie ulżysz serduszku ciężkiemu,
Aż nie staniesz z dziewczyną w kościele;
Idź! upadnij do kolan staremu
I bratowę przyprowadź w dom śmiele,
Jest dobytku i miejsca po temu«,

I brat młodszy posłuchał tej rady,
I Poluchnę wprowadził w dom śmiele!
Wyhulały się wszystkie sąsiady,
Takie starszy wyprawił wesele:
»Jedzcie! pijcie! bez żadnej zawady,
Dla człowieka niczego za wiele!

Hej! bratowa! hej! kumie wy stary!
Jedzcie! pijcie! bez żadnej zawady!
Jeszczeć wszystkie nie poszły talary,
Jeszczeć czem jest ugościć sąsiady!