Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/307

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
201
NA SŁUŻBIE

Na spacery, jak jej każe pani,
Na powietrze, by dziecię już z młodu
Krwi dostało świeżutkiej na zdrowie,
Pan się zbliży, podbródek pogładzi,
Do kieszeni sięgnie i tak powie:
»Masz cokolwiek! pewnie-ć nie zawadzi
Wypić piwa; nikt ci nie przygani
Szklaneczki!...« O, pan grosza nie żałuje dla niéj.

Raz-ci nawet — Panienko Najświętsza! —
Chciał dziewczynę pocałować zgoła,
Aż gorąco poszło jej do wnętrza...
Tak to było: pani do kościoła,
O jutrzence prawie, do spowiedzi,
Jako w dzień swych imienin, pogoni...
Ona wstała, po kątach się biedzi,
A pan na nią z sypialni zadzwoni
I powiada: »Bądź-że trochę prędsza
I przynieś-że mi kawę!...« Panienko Najświętsza...

Przygotuje, przyniesie i białą
Filiżankę postawi przed łóżko,
Na stoliczku... Było jej nie śmiało,
Jakoś nawet zabiło serduszko,
Jak pan, napół odkryty, z koszulą
Na tych piersiach rozpiętą, w pościeli
Leżał czystej... »Nie bój się, córulo!«
Rzecze do niej — »ino nieco śmieléj,
Ojczuszkowi całować przystało« —
Tak rzecze, gdy tę kawę przyniesie mu białą.

O! uciekła niby od choroby,
Jakby z wrzącej wyskoczyła wody!
Tylko zdało jej się od tej doby,
Że na ojca niby jest za młody,
Że ma oczy piękne, jako kwiaty,
Że spogląda o! prawie tak słodko,