Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/301

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
195
NA SŁUŻBIE

Tam przeminą straszne niepokoje...
I poszła do kościoła, skurczona we dwoje.

I tak znowu przed ołtarzem klękła,
Przed ołtarzem Matuchny Bolesnej,
I w łzach gorzkich, jako grzyb ten, miękła
Nad goryczą swej doli niewczesnej.
I już teraz Panienka Najświętsza
Tyle miała boleści na twarzy,
Tyle smutku lała jej do wnętrza,
Że ją całkiem tym ogniem poparzy,
Że nie wiele, aby żółć jej pękła —
Tak było jej, gdy przed tym ołtarzem uklękła.

»A! zgorszenie do domu przyniosła!
Wypędziłam!« — i aż ściska pięście! —
Na mą hańbę i swoją-ś wyrosła,
Ty zła córko! na wielkie nieszczęście!
Lepiej było utopić cię w bagnie,
Śród pustego porzucić manowca!
Byłaś niby, jak to czyste jagnię,
A dziś jesteś, jak parszywa owca!
Miałam ciebie za bożego posła,
A tyś mi dziś zgorszenie do domu przyniosła!

Już cię nie chcę ujrzeć na swe oczy!...
Nie!... Poczeka, stanie pod kościołem!
Będzie patrzeć, jak ten lud się tłoczy...
Może przyjdzie... Wtedy słowem gołem
Krzyknie: Suko!... O nie! nie! na szyję
Jej się rzuci rękoma obiemi
I wyjęknie: »Czyjeż grzechy, czyje,
Postawiły ciebie między złemi?...
O nieszczęsna! tak mi coś się mroczy,
Że prawie cię nie widzę na te moje oczy!...«

A w kościele, pod chórem, gdzie stary
Jest katafalk, z prostych desek zbity,