Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/297

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
191
NA SŁUŻBIE

Teraz milczy, a tu czasy lecą,
A u matki ubogo, ubogo...
Ludzie mówią: »Ha! może umarła,
Abo może zmieniła się w panią;
Tak-ci bywa: Z biedy się wyżarła,
Więc o matce — cóż uważać na nią?
Niech tam starej aniołowie świecą!...«
A jednak przedtem zawsze przysłała co nieco.

Może chora... Liche miała zdrowie,
Delikatna, jak z pańskiej kołyski!...
Pójdzie sama, o prawdzie się dowie
I złym ludziom pozamyka pyski...
Przytem śliczną nowinę jej niesie:
Luby pisał, że wraca do domu;
Ojca drzewo zabiło gdzieś w lesie,
Więc dziewczynę zawiedzie bez sromu
Na małżeńskie, na święte wezgłowie...
Ha! pewnie, że jest chora, liche miała zdrowie.

Dziś, słyszała, w mieście odpust wielki,
Więc i dobrze przyjść zawczas, na jutrznię,
Wznieść modlitwę: »Przez te krwi kropelki,
Przez te ciernie, przez tę straszną włócznię,
Co przebiła bok Twój, Panie Chryste!
Przez plwociny, przez piwniczną ciemnię,
Przez Twej Matki jęk i łzy rzęsiste
Spraw, bym tutaj nie przyszła daremnie!
Nie chciej karać biednej rodzicielki
Złą wieścią!...« Tak się modlić będzie w odpust wielki...

I tak plecy okryła kaftanem,
Z dawnych czasów, zblakłym, jak te liście
Łopianowe, lub jak wschód nad ranem,
Zanim słonko zwiastuje swe przyjście,
Wyszarzałym... »Cóż z tego? Swą nędzę
Całkiem nową naodzieje chustką