Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/295

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
189
NA SŁUŻBIE

Gdy w niewolę trzeba oddać duszę!
Kocham Jagnę i będę miał Jagnę!
Chociaż pójdę za wodę, za płynną —
To nic!... Wy już dla siebie upatrujcie inną«.

I tak poszedł... A w chwilę żegnania,
Na zapłociu, za czarną stodołą,
Tak się ku niej wciąż słania i słania,
W pas ją chwyta i rękę jej gołą
Prawie gryzie z czułości i w ramię
Zęby wciska i całuje piersi
I powiada: »Me serce nie kłamie!...
Bądźmy zawsze między sobą szczersi,
Niż ten gołąb, co tak się ugania
Za swoją...« Tak jej rzecze luby w czas żegnania.

»Idę — mówi — z innymi na światy,
Bo żyć nie chcę na łasce ojczunia;
Wrócę — wrócę do ciebie bogaty,
A ty czekaj tak czysta, jak runia
Na jagniątku, jak bzowa jagoda...«
Ile wtedy wylała łez rzewnych —
Tak jak teraz — ta dziewczyna młoda!...
»A napiszesz?« — zapyta... — »Do krewnych
Juści listek nie dojdzie skrzydlaty,
Do ciebie tylko, droga, przewędruje światy...«

Przestań płakać... Już w czerwieni słońca
Całe miasto przed tobą się pali:
Do podróży dobiegłaś już końca;
Jeszczeby cię te państwa złajali,
Że łzy lejesz u służby poczęcia!
Niech cię o nic nie boli już głowa,
Tylko białą bądź, jak ruń jagnięcia,
Tylko czystą, jak jagoda bzowa!
Broń się sama, bo rzadki obrońca
W tem mieście, co gorzeje, patrz! w czerwieni słońca.