Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/293

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
187
NA SŁUŻBIE

W tej podróży, co kończy się w grobie...
Dziewczyno! wstań! Nadzieja stanęła przy tobie...

Wstań!... Kto Bogu powierza swe losy,
Do piekielnych zejść może czeluści:
Wszak anioła mu przyślą niebiosy,
Co go z oka już nigdy nie spuści!
Przez krzemienie, przez ciernie, padalce
Kroczyć będzie, by kryształ, nietknięty,
I zwycięży, jak rycerz, w tej walce,
W Imię Boga z odwagą poczętéj,
W końcu złota mu światłość te włosy
Otoczy, kto powierzył Bogu swoje losy...

Idź! Słoneczko już dawno w tej stronie,
Gdzie to, mówią, tak wielkie są wody,
Że pół świata w nich łatwo utonie!
Toć i z naszych niejeden człek młody,
W poniewierkę idący, w tej głębi,
Niby śledzik lub płotka, zaginął...
Idź! Wszak wietrzyk po trochu już ziębi,
Już piekący ten ogień przeminął,
Powój zamknie niedługo swe wonie —
Idź! Słonko już się skłania ku nadmorskiej stronie.

Z kolan, widzę, ostatki tej kromki
Zgarniasz lekko na jaskry i dzwonki
Dla tych ptasząt, co małe swe domki
Wiją w życie... Przylecą skowronki
I kruszyny do gniazdka poniosą
I nakarmią pisklęta i potem
Znów się wzbiją ku jasnym niebiosom
I zanucą o sercu twem złotem
Taką piosnkę, aż zmięknie Pan gromki:
Tak! widzisz! tyle zrobią resztki twojej kromki.

Idziesz... Drobny na łokciu tobołek,
A rękami sięgasz między zboże