Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/291

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
NA SŁUŻBIE

I ludkowie schodzą się naokół
I z podziwu otwierają wargi;
A matuchna: »Jedyny mój sokół!
Już na życie nie mam żadnej skargi!
Baczy o mnie! niech ci Bóg zapłaci,
Mój sokole!« A ludzie, te żmije,
Jako zawsze widzą tylko braci
W tych, co mają dostatków po szyję,
Jakby kto ich obręczami pokuł,
Tak patrzą, niby wryci, stojący naokół.

Ta powiada: »A wiecie, kumochu« —
Dawniej żadna nie rzecze w te słowa
Do komornej biedaczki — »jak grochu
Na tem polu, tak u was się chowa
Grosza w domu«. A tamta znów piśnie:
»A! spódniczek! A! ściągły! A! zgrabny!
A czerwony, jak szczere te wiśnie!
A mięciuśki, jak włosik jedwabny!
Już wam na świat wyjść raz z tego lochu!«
A wszystkie: »Kumoszeczko! kumolu! kumochu!«

Nawet ona-ć gospocha, jak plewy,
Do matczynej się lepi chałupy
I powiada: »A niechaj te gniewy
Między nami raz zginą, jak trupy!
Przeprowadźcie się do nas; wybielić
Każę całą izdebkę na świeżo;
Będzie zgodność, będziemy się dzielić
I miseczką i konwią i dzieżą!
Posłuchajcie! o! o! — moiściewy!...«
Tak lepi się gospocha, niby jakie plewy...

A matuchna otwiera szufladę
Od stolika i w te słówka rzecze:
»List pisała!« A juści, że rade
Są już niby te myśli człowiecze,