Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/289

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
183
NA SŁUŻBIE

Ze zarobku, przyniesie okrasy,
Albo sera kawałek i skorem
Tak ją zaraz słóweczkiem popieści:
»A! serduszko! masz tutaj co nieco
Specyałów, pewnie-ć ci się zmieści
W tem gardziołku...« Aż się oczy świecą,
Tak zjadała te drogie zapasy.
Pamięta jeszcze wszystko, nie dawne to czasy...

Albo kłosy kijanką wymłóci,
Uzbierany w tem słońcu dar boży,
Sprzeda ziarnko i z miasta powróci,
I nim starą chuścinę odłoży,
Nim odetchnie, wyciąga z tłómoczka
To perkalu na fartuch, to ciemną
Jakąś wstążkę i patrzy jej w oczka
I powiada: »Zbierałaś to ze mną,
Masz! niech serce się twoje nie smuci« —
Tak mówi, gdy te kłosy na sprzedaj wymłóci...

A już wtedy, gdy niecni ludziska
Tak wciąż plują, że niby nie wiada,
Kto jej ojcem na świecie, tak ściska
Swą córeczkę, tak ręce jej składa,
Tak ją uczy: »A módl się ty, dziecko,
Za tych wszystkich, co hańbią twe imię!
Tatuś poszedł na wojnę niemiecką,
Padł od kuli, na wieki gdzieś drzymie!
Chciał ślubować, nie wiedział, że z blizka
Śmierć stała i że będą pluć niecni ludziska!!«

O, pamięta i jakże w tej chwili
Nie ma topnieć to biedne jej serce!
Cyt! dziewczyno! nie szlochaj! użyli
Ludzie dość już szyderstwa! Niewierce
Dość już matkę ciągnęli po błocie!
Teraz koniec! tak, koniec nareszcie!...