Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/286

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
180
JAN KASPROWICZ

Więc widziało to słoneczko lube,
Jak dziewczyna, siadłszy przy tym rowie,
Snać jakowąś podjęła rachubę:
Jakby ołów miała w onej głowie,
Tak ku ziemi kwiecistej ją chyli,
A źrenicą patrzy niby błędną:
Juści-ć pewnie, że nie rój motyli,
Ni te trawki, które w kurzu więdną,
Tak skazały na senną zagubę
Myśl dziewki, którą widzi to słoneczko lube.

Czasem tylko ruszy się, by kosę,
Co na oczy z pod chustki jej spływa,
W tył odgarnąć, lub te nogi bose,
Zrumienione, niby cegła żywa,
Od głodnego uchronić komara;
Czasem ręką te piersi otuli,
Co się gwałtem, jak róż białych para,
Wychylają z pod grubej koszuli —
Czasem otrze łez kapiącą rosę,
A czasem znów się ruszy, by odgarnąć kosę.

Hej! dziewczyno! ty biedna sieroto!
Czemuś w taką popadła zadumę?
Czemu słońca promieniste złoto
Trzyma zdala od ciebie tę kumę
Dobrych ludzi, oną radość świętą?
Czemu łan ten, co z uśmiechem czeka
Na tę chwilę, śród znojów poczętą,
Kiedy nad nim zalśni sierp człowieka,
Nie napełni i ciebie ochotą?
Odpowiedz mi, dziewczyno! ty biedna sieroto!

Czy żałujesz tej nędznej izdebki,
Co w odrobkach tyle sił twych waży,
Ile nawet chłop, jak dąbczak, krzepki,
Nie nastarczy kiesie gospodarzy?