Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/285

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
179
NA SŁUŻBIE

I jak wielkie stąd wynikły smutki...
Z wszystkiego uwinęła tobołek drobniutki.

»A — powiada — kochana matuchno,
Na odchodnem o jedno was proszę:
Jako wiecie, że dla mnie, jak próchno
Jest ten żywot, tyle w sobie noszę,
Że tak poszedł, serdecznej boleści,
Tak-ci we mnie mgli się rozum wszystek;
Więc gdy przyjdą o nim jakie wieści,
Odsyłajcie do mnie jego listek,
Niech mi oczy od tych łez nie puchną —
O jedno to was proszę, kochana matuchno!...«

II.
Siadła za wsią, gdzieś w połowie drogi,
Na przyrowku siadła popod żytem,
Które pewnie-ć wyda plon przemnogi —
Oblepione tak kwieciem obfitem,
Niby wełną z podstrzyżonych owiec...
Już to skarby są na naszej glebie,
Pełen złota każdy jest manowiec!
Cały człowiek dałby z duszą siebie
Za te łąki, za bujne rozłogi,
Co lśnią, gdzie ona siadła tak w połowie drogi.

A słoneczko, które chodzi górą
I tak wszystko widzi, jak na dłoni,
Ludzką rozkosz i boleść ponurą,
Rosę światła na tę ziemię roni,
Na te pola, mieniące się zbożem,
Na te ścieżki, zarosłe krwawnikiem,
Na te drzewa w umajeniu hożem,
Na ten tuman, co w szaleństwie dzikiem
Miota piasków spopielonych chmurą —
Na wszystko patrzy słonko, które chodzi górą...