Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/261

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
155
TYPY

I krwawe ślepie zwracał w ową stronę,
Gdzie, jako pęki związanego zielska,
Siadły od tańca dziewki rozpalone.
Wielką tkliwością — Panienko Gidelska!
Pożal się nad nim! — chciał wyłowić żonę,
Jako żonate ostatnie są chamy;
Ale napróżno... Zatrzęsły się cielska
Dziewek od śmiechu: »wprzódy zgub te plamy
Na gębie« — tak mu parskną — »potem pogadamy!«

Po takich słowach Marcin Szafran znowu
Brał tak na ambit, jako chciał te dziewki
Przekonać w oczy, że dobrego chowu
Jest niby chłopem; że jest mocno krewki
I że lichemu nie podda się słowu...
Więc ci też pije i miną nadrabia,
Naprzód świecące wysuwa cholewki:
»Żadna z was« — krzyczy — »nie ma dla mnie wabia,
Ta patrzy, jak jaszczurka, ta, jak »panna żabia!«

A one dziewki, jako są bestye
Zawsze zbereźne i kochają żarty,
Wzdyć jeszcze bardziej gną spalone szyje
Z wielkiego śmiechu, co jak cap uparty
Trzyma się warg ich i w kątach się kryje,
Kiedy go niby chcą wygnać powagą:
»Już-ci swój rozum masz na miazgę starty!
Wiechetku! prawdę mówimy ci nagą,
Ustatkuj się, bo chodzisz nie prosto, lecz szagą!«

Ale Wiechetek — bo tak-to Szafrana
Zwali naokół — nie bardzo do siebie
Brał takie mowy... Truła go nagana
Co do tych piegów, to prawda!... »Na niebie« —
Powiada — »zorza świeci wyzłacana,
Bez żadnej plamki, a na mojej twarzy
Wciąż pstrokacizna!...« Więc, gdy się zagrzebie