Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
154
JAN KASPROWICZ

Fartuszek, barwnym obszywany szlakiem,
Aż nazbyt wiele rozbudzał oskomy
W tem jego sercu... »Ano-ć« — mawiał sobie —
»Nie jestem przecież ździebłkiem bylejakiem,
A ino człowiek ze mnie, w każdej dobie
Znający się na rzeczy; podług tego robię...«

I podług tego zawsze też i wszędzie,
Wciąż niby robił: kielich za kieliszkiem
Stawiał gromadzie; bił pięścią w krawędzie
Z wielkiej fantazyi; nazywał braciszkiem
Kto się nawinął: »E! choćbym żołędzie
Miał jutro z głodu zbierać w onym lesie,
Albo zbójnikiem zostać i opryszkiem,
Nic to nie szkodzi, życie życiem zwie się,
Kiep ten, kto żyć nie umie; na zdrowie ci, biesie!...« —

I przytupywał sobie ową nogą
I rozmaite wyprawiał przysiudy,
Aż się kolana stykały z podłogą,
Aż się na głowie włos rozwiewał rudy;
Bił się po piętach i skroń marszczył srogą,
Na szyi ciasną rozpinał koszulę,
Wyłupiał oczy, śmiał się — bez obłudy,
Szczerze, jak słońce; wydzwaniał piosnule,
Jak kocioł popękany, lub świszczące kule.

A szczególniejszą słabość miał, bez sprzeczki,
Zwłaszcza do jednej: wyrzucał z gardzieli,
Niby paciórki, słowa tej piosneczki,
Co to, powiada, że ludzie weseli
Dopiero wtenczas, gdy, jak miodek z beczki,
Słodka im miłość zacznie sączyć z duszy;
»W niebie się« — mówi — »kochają anieli,
A was to żadne kochanie nie wzruszy,
Gołąbki, gołąbeczki! otwórzcie swe uszy!«