Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/262

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
156
JAN KASPROWICZ

Nocą w tem gnieździe, tak ino wciąż marzy,
Czy znaleźć mu na piegi środka się nie zdarzy...

Wreszcie mu jakiś dobry duch poradził,
Że niby zawsze mocno jest skutecznem
Przeróżne ziele; żeby się okadził
Wiankiem święconym, a stanie się mlecznem
Jego oblicze... Ano-ć nie zawadził
Nigdy o kamień, kto usłuchał rady
I w sam czas stanął w miejscu niebezpiecznem:
Jak przykazały poczciwe sąsiady,
Wiechetek wziął wypędzać z lic plamiste wady.

Ale wiadoma jest to rzecz na świecie,
Że jak na kogo raz już wrogie losy
Zagną swój parol, ten już nie uplecie
Żadnej korony szczęścia na swe włosy...
Szafran się rychło przekonał, że przecie
W lekarstwie nieraz pomyłka być może:
Kadzidło dobre, gdy bydlak od rosy
Wzdmie się w lucernie, albo w innej porze —
Na piegi... ha! snać tego nie chcesz, mocny Boże!

Próbował tedy na inne sposoby,
Bo-ć chyba nigdy z tem się nie ożeni...
Liść łopianowy, rwany nocnej doby,
Moczył we wodzie wraz z garścią korzeni
Tatarakowych, jako — do choroby!
Musi być tęgość — mawiał — w tataraku!
Wodą tą mył się: może się i zmieni
Gęba co nieco... Ale ani znaku!
Et! lepiej się utopić, lub zginąć na haku!...

I to nim jeszcze straszliwie rzucało,
Że zczerwienione znacznie miał powieki;
Ludziska w oczy gadali mu śmiało,
Że jest jak królik, że powinien leki