Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
140
JAN KASPROWICZ

Czasem on jęknie lub ciężko zadysze,
Lub, ruszy się, zachrzęszczy pod nim słomsko suche.

»Bóg zapłać panu!« — tak do mnie wyrzeknie
Kosarczykowa, ciemnej sukni końcem
Łzę ocierając, co jej rosą cieknie
Po wymarszczonym policzku; — »w tej nędzy
Pan może znajdzie nam radę, bo między
Ludźmi wszystkimi, co żyli pod słońcem,
Nikt strasznie tak nie konał... może umrze prędzéj.

Teraz już chwilkę tak spokojnie leży,
Nawet przez usta wyszła mu już blada
Niby chmureczka: niech kto chce nie wierzy,
Boć wszystko mara, tylko Bóg jest wiara,
Jednak — wiadomo, Walentowa stara,
Co śmierć widziała niejedną, powiada,
Że dusza tak z człowieka wychodzi, jak para...«

Ale zaledwie te słowa wypowie,
Chory się zerwie z posłania, kościste
Wypręży ręce i te oczy w głowie
Tak, jak szerokie, wytrzeszczy i stęknie,
Że pierś kosmata, zdawało się, pęknie
Z trzaskiem, jak obręcz na beczce... O Chryste!
Takiego, jak ten widok, któż się nie ulęknie!

Parska, aż ślina usta mu pokryje,
Jak gdyby »bożą wolą« nawiedzony,
Zaciska zęby, skręca chudą szyję,
Płachtę pod sobą drze na drobne szmatki;
Jak dzikie zwierzę, zamknięte do klatki,
Tak się szamoce ze śmiercią, do żony
Przemówić chce — nie może... sił to już ostatki...

Przestrach ogarnął obecnych, wszak dreszcze
I mnie schwyciły; baby jęły modły